niedziela, 9 Grudzień 2018,
imieniny obchodzą: Aneta, Leokadia

Aktualności

A A A

Strona główna / Aktualności / Lubię tu wracać

Lubię tu wracać

data dodania: 2018-08-21 13:35:44

Pochodzi z Zawiercia, tu się wychowała. Pisze wiersze i książki. Akcję najnowszej powieści umieściła w Blanowicach. Teresa Oleś-Owczarkowa opowiada o tym wszystkim w rozmowie z Pawłem Kmiecikiem.

Jest Pani autorką książki „Mrówki w płonącym ognisku”, w której pisze Pani o dzielnicy Zawiercia – Blanowicach. Czy to książka o naszym mieście?

Teresa Oleś-Owczarkowa: I tak, i nie. Nie, ponieważ ta książka nie jest dokumentem. Ale zarazem tak, gdyż mieszkańcy Blanowic odnajdą w niej wiele znajomych elementów kulturowych, krajobrazowych i historycznych. W książce starałam się zatrzymać dawny obraz tej wsi, w której środkiem wąwozu płynie Struga, do Stoku po zachodzie słońca mężczyźni przyjeżdżają poić konie, piją wodę krowy wracające z pastwiska i żyją ludzie podobni do prawdziwych osób żyjących tam przed laty. Bawią się, cierpią i po prostu żyją. Czytelnik znajdzie wiele historii, które się wydarzyły, albo tylko mogły wydarzyć w Blanowicach. Pewna czytelniczka z wybrzeża rozpoznaje „moje osoby dramatu” jako swoje znajome z okolicy, a są też inni czytelnicy, jak ktoś z Mazur czy z Rzeszowskiego, spod Łańcuta, którzy twierdzą, że napisałam o ich wsiach, tylko nazwiska nie brzmią im znajomo.

Co jest tytułowym płonącym ogniskiem?

Cały świat, bo opowiadając o życiu wsi, mówię o życiu na Ziemi. A nie zapominajmy, że wszyscy pochodzimy ze wsi, chociaż jedni wyszli z niej tydzień temu, a inni żyją w mieście od dawna, bo ich rodziny 500 lat temu opuściły wieś, a innych 100 lat temu. Płoną lasy i zwierzęta, nieznane z nazwy wsie i miasta. Nie ma na świecie dnia, żeby gdzieś nie było wojny, a zatem ognia.

Czy więc życie jest płonącym ogniskiem, a my wszyscy mrówkami?

Tak, chociaż może nie samo życie a raczej nasz ziemski świat. Wobec zaburzonej równowagi pomiędzy światowym postępem technicznym a etyką istnieje realne zagrożenie dla życia i nas samych. Z wielu powodów rozdęta została do rozmiarów karykaturalnych wolność bez odpowiedzialności i ograniczeń. Tymczasem właśnie te elementy są niezbędne dla zachowania nie tylko naszego życia, ale w ogóle życia. Blanowice, jako dawna wieś, znajoma i zachowana w mojej pamięci, niejako posłużyła mi do pokazania zwykłych ludzi, przez co stała się symbolem życia na Ziemi.

Czemu Blanowice są tym symbolem, a nie Kromołów, Skarżyce lub któraś z pozostałych dzielnic Zawiercia?

Ponieważ to Blanowice znam i kocham. Mój ojciec pochodził z Blanowic i jako małe dziecko przebywałam w nich ponad dwa lata u babci. To bardzo ważne miejsce w moim życiu.

Jest Pani zawiercianką?

Tak uważam. Przede wszystkim rodzinnie jestem związana z zawiercianami. Ale nie tylko dlatego. Tutaj chodziłam do szkoły podstawowej, najpierw z Podwala, obecnie znanego jako Cegielnia, do Blanowic, a później na Wierzbową do szóstki. Tu zdawałam maturę w Liceum im. Stefana Żeromskiego i potem dojrzewałam jako człowiek. W Zawierciu mieszka moja najbliższa rodzina: syn, synowa i wnuczek. Mam tu także krewnych, dawne przyjaciółki i sporo znajomych, którzy znają mnie jako Makiełównę, córkę Stasia i Danusi.

Jak bardzo Zawiercie zmieniło się od czasów Pani szkolnych lat?

Bardzo. Drewniana zabudowa właściwie zniknęła. Inne są teraz ulice i nie ma już bardzo wielu rzeczy, które wydawały mi się monumentalne, jak chociażby Studnia Jagielaka czy stara Fabryka Akcyjna. Stare zostało wyburzone, aby ustąpić miejsca nowemu. Nie zachowano pewnych budowli i zakątków, uważając je za nieważne. Charakter miasta się zmienia, w zależności od tego, co zdołali w nim zmienić jego mieszkańcy. Z czasem ulepszenia stają się niezauważalne i niewielu dziś pamięta np. przejazd kolejowy w samym środku miasta, który został zastąpiony przez tunel.

Obecnie mieszka Pani w Krakowie. Jakie to wrażenie wracać do swojego rodzinnego miasta?

Książka „Mrówki w płonącym ognisku” zaczyna się takim właśnie powrotem do Zawiercia. Czy miło się wraca? Oczywiście! Zresztą zawsze, gdy w Krakowie widzę samochód z rejestracją zawierciańską, to dyskretnie macham ręką kierowcy [śmiech]. Emocjonalnie cały czas uczestniczę w zawierciańskim życiu, mimo że czasami nie przyjeżdżam tu przez jakiś czas.

Od czego zaczęło się Pani zainteresowanie pisarstwem?

Jest taki grecki termin poiesis – dzieło ze słów. To chyba od tego się u mnie wszystko zaczęło: rozmowa bywała takim moim dziełem ze słów i tak jest do dziś. Tyle, że teraz częściej te „dzieła” zapisuję. Odkąd nauczyłam się czytać, czytałam z pasją, a potem także coś pisałam. W czasach szkolnych czyniłam nieśmiałe próby, ale zapewne nie były dobre, skoro nie wychodziłam z nimi nawet do najbliższych. Aż przyszedł czas, że pisanie stało się moim ulubionym zajęciem. Ponieważ mieszkaliśmy w Katowicach, mąż zaniósł moje wiersze do „Gościa Niedzielnego” i tam nimi zadebiutowałam. Kiedy poszłam po honorarium, poznałam redaktorów i od tamtego czasu zaczęłam pisywać cotygodniowe artykuły o życiu, miłości, zabawie, strachu i nawet modlitwie. Przez jakiś czas, zaproszona przez pana Jagodzińskiego, pisywałam też do „Trybuny Ziemi Zawierciańskiej”, co wspominam z sentymentem. Ostatecznie jednak odeszłam od publicystyki, aby przejść do pisarstwa. Napisałam książkę „Rauska”, która cieszy się uznaniem czytelników i krytyki. Pisuję także i zamieszczam swoje wiersze w krakowskich almanachach. Pośród poetów, muzyków i malarzy, z którymi się przyjaźnię, nie sposób przestać pisać.

W swoich książkach nie unika Pani tematów poważnych.

To dlatego, że cenię swoich czytelników. Staram się pisać o sprawach ważnych i trudnych oraz opowiadam o życiu na prowincji, w Polsce pozawarszawskiej. Nie pomijam w swoich książkach i nie drukowanych jeszcze opowiadaniach biedy i zacofania, ale równocześnie przypominam dawną kulturę wsi. Tańce i zapominane piosenki, ginące obyczaje wsi, która na naszych oczach ginie, tracąc swoją tożsamość. Wierzę, że kiedy już ludzie znajdą się na wyższym poziomie materialnego dobrobytu, kiedy już gruntownie i dokładnie zapomną smak biedy, wtedy chętniej o niej przeczytają, bo będzie to dla nich tak abstrakcyjne, że aż fascynujące. Ponieważ wielu ludzi wspominanie starej biedy wciąż jeszcze boli, dlatego chętniej będą o niej czytać dopiero wtedy, kiedy zostanie ona bezpiecznie od nich oddalona.

Zachowuje Pani optymizm.

Staram się. Głownie ze względów higienicznych, ale i z przekonania, że nadzieja nie jest dla głupców, lecz dla podtrzymania w wytrwałym dążeniu do celu. W tej chwili piszę rzecz, której akcja odbywa się w mieście bardzo przypominającym Zawiercie. Opisuję w niej ciekawe czasy, które zawsze są trudne. Ta książka znowu rodzi się w bólach, pośród tysiąca wątpliwości dotyczących nie tylko miejsca akcji, ale także metody, gdyż lubię dostosowywać formę utworu do treści. Staram się podtrzymywać nadwątloną pogodę ducha, aby nie przekazywać czytelnikowi wyłącznie pesymistycznych wizji.

Kiedy można się jej spodziewać?

Jesienią chcę wydać wiersze. Później zajmę się już wyłącznie tą książką, która tylko poniekąd jest kontynuacją „Rauski”.

Czy łatwo jest współcześnie tworzyć (i wydawać) wymagającą prozę? Od czego powinni zacząć młodzi zainteresowani tego rodzaju pisarstwem?

Łatwo nie jest, ale kiedy znajduję porozumienie z czytelnikami, to cieszę się i mam sporo satysfakcji. Od czego młodzi powinni zacząć? Przede wszystkim warto dbać o swój rozwój i nie można bać się twardości krzesełka. Muszą mieć na nią odporność, aby wysiedzieć na nim dopóty, dopóki nie powstanie coś na miarę oczekiwań. Nie można rezygnować ze swoich marzeń, ale też nie wolno obniżać zawieszonej przez siebie poprzeczki. Ciągle trzeba mieć przed sobą lampkę alarmową, aby nie dać się uśpić sukcesowi. Młodość to wielka siła, ale musi być połączona z pracą. Jeśli ktoś zacznie pisać wcześniej, to tylko lepiej, bo ćwiczenie czyni mistrza. Natomiast fakt, że ktoś jest z prowincji, nie przekreśla go w najmniejszym stopniu. Wręcz odwrotnie, to tu się najlepiej widzi prawdziwe życie, z jego trudnościami, ale i ze smakiem innego rodzaju wolności – wolności z odpowiedzialnością za każdą rzecz. Mniejsze miasto, wieś czy dzielnica od razu daje „sprawdzam”, natychmiast pokazuje, kim się jest. W dużym mieście człowiek się wtapia w tłum, nie widać go, może pozostawać nieznany. Czy idzie równo, czy krzywo, czy się zachowuje odpowiednio, nikt tego nie komentuje, bo kogo to obchodzi? Na prowincji przeciwnie – jeśli ktoś postępuje inaczej niż nakazują ustalone normy, jest to od razu widoczne. I to się oczywiście zmienia, ale wolniej niż w wielkich miastach. Natomiast jeśli chodzi o start w pisarstwo, to w tej chwili Internet daje takie możliwości, że człowiek w najgłuchszej puszczy może napisać znakomite dzieło i trafić z nim do najlepszego wydawnictwa w Polsce, a nawet w świecie.

Lubi Pani młodych?

Bardzo lubię i bardzo na nich liczę. Zwłaszcza na ich odwagę w mądrym zdobywaniu dla siebie społecznej przestrzeni. Dzisiejsi młodzi ludzie mają znacznie mniej kompleksów niższości, niż moje pokolenie – i myślę, że to dobrze. Ale z drugiej strony każdy, niezależnie od wieku, musi uważać żeby nie popaść w pychę i stać się gęsią, która uważa siebie za łabędzia. Wierzę w emocjonalną i mentalną siłę młodych, czemu daję wyraz nie tylko w zakończeniu swojej książki. „Mrówki w płonącym ognisku” dedykuję właśnie młodym zawiercianom. Przypominam, że bieda nie daje powodu do wstydu, a tym bardziej nie daje go pochodzenie.

Dziękuję za rozmowę.

Teresa Oleś-Owczarkowa – psycholog, autorka wierszy (drukowanych m.in. w „Źródle”, „Gościu Niedzielny” i „Lamelli”) oraz książek – „Rauska” i „Mrówki w płonącym ognisku”, wychowywała się w Zawierciu, mieszka w Krakowie.

Zawierccianin 2014 nr 3 (20)

Autor: Paweł Kmiecik

Wydawca:

Centrum Inicjatyw Lokalnych
42-400 Zawiercie, ul. Senatorska 14

Pomóż nam rozwijać serwis:
1%

Podaruj 1% podatku
KRS: 0000215720