niedziela, 17 Styczeń 2021,
imieniny obchodzą: Antoni, Henryk

Aktualności

A A A

Strona główna / Aktualności / Sfotografować świat i jurę

Sfotografować świat i jurę

data dodania: 2020-07-10 12:45:28

Jerzy Kleszcz, fotoreporter z Zawiercia, laureat Nagrody Grand Press Photo, pracownik m.in. „Sportu”, „Przeglądu Sportowego”, „Faktu” i Agencji Fotograficznej Newspix.pl w Ringier Axel Springer, w rozmowie z Pawłem Kmiecikiem.

Rzadko doceniamy to, co mamy tuż obok. Tymczasem nasze okolice  Jura  wcale nie ustępują wielu „cudownym” miejscom. O tym i o innych sprawach opowiada Jerzy Kleszcz, fotoreporter z Zawiercia, laureat Nagrody Grand Press Photo, pracownik m.in. „Sportu”, „Przeglądu Sportowego”, „Faktu” i Agencji Fotograficznej Newspix.pl w Ringier Axel Springer, w rozmowie z Pawłem Kmiecikiem.

P.K.: Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z fotografią.

J.S.:Jerzy Kleszcz: Miałem wtedy 12 lat i dostałem pierwszy aparat. Pochodzę z rodziny, gdzie fotografia była częścią życia. Rodzina prowadziła zakład fotograficzny w Zawierciu, ale mnie nie interesowała ta forma fotografii. Mnie interesował fotoreportaż, więc nasze drogi zupełnie się rozeszły.

P.K.: Pierwsza publikacja Pana zdjęcia miała miejsce w 1974 r., to był „Dziennik Zachodni”. Miał Pan wówczas 16 lat.

J.S.:Tak, pamiętam nawet, że to był harcerz ze strażacką pompą. Chodziłem wtedy do technikum hutniczego, a harcerstwo było bardzo powszechne, należałem do klubu fotografii  wcześniej się to nazywało Harcerska Służba Informacyjna, a później przekształciło w Klub Fotograficzny. To była fajna sprawa, można było odwiedzić różne miejsca i poznać ciekawych ludzi, jak na tamte czasy i tamte możliwości

P.K.: Liczył Pan kiedyś, ile mógł zrobić zdjęć w swoim życiu.

J.S.:Nie, nigdy takimi kategoriami nie myślałem. Na pewno dużo. Wiem, że w bazie koncernu Axel Springer, w którym ostatnio pracowałem, jest kilkadziesiąt tysięcy moich zdjęć, ale myślę, że przez te 30 lat było ich więcej. Zdjęć się zrobiło dużo, ale praw-dziwych fotografii jest mało. General-nie robi się tzw. sieczkę, czyli naciska na migawkę jak najczęściej, bo to specyfika zawodu, a ponadto realizuje się określone redakcyjne plany.

P.K.:Częściej szuka się jednego ujęcia, długo czeka i w końcu robi, czy cały czas wykonuje zdjęcia i później wybiera z nich coś dobrego.

J.S.:Powiem jeszcze inaczej. Generalnie fajne zdjęcia są dziełem przypadku. Wiem z doświadczenia, że im bardziej się chce dobrego zdjęcia, im bardziej napręża muskuły i myśli, że dzisiaj zrobię takie foty, że się poprzewracacie, tym bardziej nic z tego nie wychodzi. Natomiast im bardziej podchodzimy na luzie do czegoś, tym fajniej zdjęcia wychodzą. Nic na siłę.

P.K.:Ma Pan jakieś ulubione zdjęcie.

J.S.Mam ich wiele. Od jakiegoś czasu zacząłem robić różne ciekawe ujęcia, które nazwałem „kleszczyzmami”, czyli zdjęcia z przymrużeniem oka. Uważam, że gdyby życie było całkowicie poukładane i w ramkach fotograficznych, to byłoby bardzo nudno.

P.K.:Ale jednak w tej „sieczce”, czyli w robieniu jak największej ilości zdjęć, jest pewnie jakaś konkretna metoda, technika, żeby coś z tego wybrać.

J.S.:Żeby być reporterem i zarabiać na życie, trzeba mieć pewien poziom sprawności. Ale wiele zależy od szczęścia, od Bożej opatrzności. Przykład: w 2011 roku robiłem zdjęcia w Zakopanem podczas zmagań skoczków narciarskich. Jest takie oczywiste niepisane prawo, że nie da się na skoczni być we wszystkich miejscach naraz, choć gazety oczekują, że wszystko się sfotografuje. No i była taka dość śmieszna sytuacja. Na pierwszą serię skoków zawsze się chodzi robić zdjęcia w locie, a ja miałem problemy żołądkowe i bałem się, że mogę nie zdążyć. Poza tym pomyślałem, że już mam dość tych samych zdjęć, ile razy można robić to samo? Stanąłem więc na dole, żeby zrobić zdjęcia lądowania zawodników i uchwycić ich radość bo Adam Małysz zawsze bardzo fajnie się cieszył. I akurat wtedy Adam się wywrócił. Zrobiłem 19 klatek.

P.K:Zna Pan Adama Małysza  jak się z nim współpracowało.

J.S.:Na początku Adam był bardzo spięty i poważny. Była nawet taka groteskowa sytuacja w Salt Lake City. Różnica czasowa pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi wynosi bodaj osiem godzin, więc godziny przedpołudniowe w Salt Lake City oznaczały godziny późno-wieczorne u nas. Gazety muszą zostać złożone w określonym czasie, żeby drukarnia zdążyła je na rano wydrukować. No i byłem umówiony z Adamem, że zrobię mu zdjęcie w wiosce olimpijskiej. To miało być zdjęcie n a pierwszą stronę „Przeglądu Sportowego”, dla którego wtedy pracowałem. Do wioski olimpijskiej potwornie ciężko było siędostać, to było pół roku po zamachu na World Trade Center, więc wprowadzono utrudnienia ze względów bezpieczeństwa. Adam miał wyjść z domku, w którym mieszkał  nie było mowy, żeby wejść do tego domku. Poza tym strażnicy i policja, którzy chodzili po wiosce, zabraniali się zatrzymywać. Można było tam być, ale trzeba było cały czas chodzić. Byliśmy umówieni pod jego dom kiem, będąc tam ze dwa razy zwrócono mi uwagę, że powinienem się ruszać, a nie stać w jednym miejscu. A Adam chciał zażartować i wyszedł tylnym wyjściem, albo przez okno. Skończyło się to jednak tym, że ja nie zrobiłem zdjęćna czas i dostałem straszną burę od redakcji. Później to Adamowi powiedziałem. Bardzo się wówczas zadumał i nigdy więcej już czegoś takiego nie zrobił.

P.K.: A pamięta Pan, co wtedy było na okładce zamiast Adama Małysza.

J.S.:Tak, wcześniej zrobiłem inne zdjęcie, bo ma się pewną intuicję. Sfotografowałem zegar, bo w Ameryce bardzo popularne są takie olbrzymie, stare, secesyjne zegary. Zegar pokazywał za pięć dwunasta, bo to było dzień czy dwa przed igrzyskami. I to zdjęcie poszło na pierwszą stronę. Współpraca z Adamem Małyszem później była lepsza? Tak, przez wiele lat fantastycznie nam się współpracowało. Pamiętam raz taką sytuację, gdy byliśmy w Austrii, w Ramsau, gdzie Adam bardzo często trenował. Tam przez trzy godziny podczas treningu stałem u góry i go fotografowałem w najróżniejszych sytuacjach, przez ten czas nie odezwaliśmy się do siebie ani jednym słowem. Gdy skończyła się robota, popłynął słowotok. I wtedy Adam powiedział mi: „Wiesz, z tobą mogę pracować, bo Ty nie przeszkadzasz, a bardzo dużo fotoreporterów niepotrzebnie bardzo dużo gada”. To była czasem relacja bez słów. Po prostu wiedziałem, że on musi swoje zrobić, ja miałem zrobić swoje, nie przeszkadzaliśmy sobie zupełnie.

P.K.:Pamięta Pan swoje pierwsze igrzyska olimpijskie.

J.S.:Oczywiście! To było w Salt Lake City. Na swoich pierwszych igrzyskach nie umiałem się poruszać, nie wiedziałem, gdzie i jak się ustawić. Już pomijam same bariery językowe, i to, że były tam potwornie duże odległości do przebycia. Później, gdy pojechałem do Turynu, to choć był tam spory bałagan łatwiej mi było się odnaleźć, doświadczenie z po-przednich igrzysk bardzo procentowało. Pamiętam jednak, że gdy chciałem się dostać na jakąś halę łyżwiarską, chodziłem chyba godzinę dookoła obiektu. Przy każdym wejściu mówiono mi „stop” i nikt nie wiedział, gdzie jest wejście dla fotoreporterów, dla prasy. W końcu ktoś się ulitował i zaprowadził mnie tam.

P.K.:Ile Pan miał lat, gdy wyjechał z Zawiercia.

J.S.: Wyjechałem na studia do Częstochowy w roku 1979. Zdałem maturę, próbowałem się dostać na Wydział Telewizyjny w Katowicach, ale nie udało się. Trafiłem więc na Politechnikę Częstochowską, której jednak nie skończyłem, „obijałem” się jeszcze po kilku innych uczelniach.

P.K.:Jak bardzo zmieniło się nasze miasto.

J.S. I dużo, i niedużo. Największą zmianą jest to, że pod blokami przybyło parkingów i samochodów, niekoniecznie nowych
.

P.K.:Jakim więc obiektem do sfotografowania byłoby Zawiercie.

J.S.:Dla mnie miasto to przede wszystkim ludzie, budynki to sprawa zupełnie drugiej kategorii. Nie patrzę na infrastrukturę, patrzę na ludzi. I widzę, że przemiany, które zaszły w naszym kraju, odbiły się na Zawierciu niekoniecznie pozytywnie, sporo jest biedy. Przyznam jednak, że bardziej interesuje mnie robienie zdjęć Jurze Krakowsko-Częstochowskiej chciałbym się tym zająć.A czym Pan teraz się zajmuje.

P.K.:Teraz nie pracuję, od czerwca ubiegłego roku jestem na rencie w związku ze stanem zdrowia. Od tego czasu ponownie mieszkam w Zawierciu. Myślę jednak wciąż o fotografii.

J.K.:Czy można spodziewać się jakiegoś wydawnictwa fotograficznego o Jurze.

P.K.:Na razie fotografuję w głowie. Czekam, żeby trochę zieleni się pojawiło, żeby dzień stał się dłuższy, wschody i zachody słońca były ładniejsze. Główną przeszkodą jest mój stan zdrowia. Kiedyś było inaczej, fotografowałem Jurę będąc harcerzem w szkole średniej. Warto docenić piękno naszej okolicy. Kiedyś na Cyprze zawieźli mnie do podobno najpiękniejszego miejsca na świecie  do Groty Artemidy. Pojechałem tam i załamałem się: to, co jest u nas na Jurze, jest pięć razy ładniejsze. Po to przez całą wyspę tłukłem się jakimś wypożyczonym, rozklekotanym autkiem, bo tyle się naczytałem o tym cudzie.

J.K.:Czy wypada życzyć Panu czegoś innego oprócz zdrowia?

P.K.:Dziękuję za życzenia, ale już przeżyłem te swoje 56 lat i właściwie niczego szczególnego oprócz zdrowia nie oczekuję.


Artykuł archiwalny rozmowa  Oliwi Szasty 

Zawiercianin Wiosna 2014 nr 1 (18)

 

Wydawca:

Centrum Inicjatyw Lokalnych
42-400 Zawiercie, ul. Senatorska 14

Pomóż nam rozwijać serwis:
1%

Podaruj 1% podatku
KRS: 0000215720