niedziela, 17 Styczeń 2021,
imieniny obchodzą: Antoni, Henryk

Aktualności

A A A

Strona główna / Aktualności / Rowerem po europie i nie tylko

Rowerem po europie i nie tylko

data dodania: 2020-07-08 11:28:37

Organizator wycieczek oraz wielu akcji na rzecz ochrony przyrody. Andrzej Wójcik o swojej pasji i miłości do podróży rowerowych opowiada w rozmowie z Piotrem Pieszczykiem.

P.P.:Ile rowerów Pan posiada.

A.W.:Mam pięć rowerów. Jedną szosówkę, dwa rowery górskie i dwie kolarzówki.

P.P.:A jak długo należy Pan do PTTK.

A.W.:Do  PTTK należę już 31 lat, w ciągu których zdobyłem liczne uprawnienia pomagające mi w uprawianiu turystyki. Jestem również przewodnikiem terenowym, jurajskim przodownikiem turystyki pieszej i kolarskiej. Jednak moją główną domeną jest turystyka rowerowa, którą rozpocząłem tak naprawdę już w dzieciństwie. W wieku trzynastu lat udałem się na samodzielne wyprawy, jak chociażby dwutygodniowy wyjazd z kolegą w Góry Świętokrzyskie. W tym wieku taka podróż to wielka wyprawa. W dodatku bez opieki rodziców, nawiasem mówiąc również bez ich wiedzy.

P.P.:Nie obyło się bez kary.

A.W.:Ojciec dość mocno się zdenerwował i po powrocie długo wysłuchiwałem, co o mnie myśli. Ale to mnie nie zniechęciło do wycieczek rowerowych. Zawsze z kolegami organizowaliśmy jednodniowe wycieczki na Jurę, poznając nasze zabytki czy miejsca przyrodnicze. Po pewnym czasie przyszedł jednak moment, gdy zaczęliśmy się interesować pozostałymi regionami kraju, jak Śląsk, Małopolska i Świętokrzyskie. Był to okres lat 70. i 80. W 1982 r. zapisałem się do PTTK. To był już taki rok przełomowy, bo poznałem pewne zasady dotyczące odznak kolarskich, turystyki kwalifikowanej itp. Później, w 1989 roku ,zrobiłem uprawnienia przodownika turystyki kolarskiej. Od tego momentu mogłem sam organizować wycieczki. Przez wiele lat organizowaliśmy wycieczki jedno- lub kilkudniowe po całej Polsce. Odwiedziłem na rowerze wszystkie regiony kraju. W pewnym momencie powstał pomysł, aby wybrać się za granicę, żeby zobaczyć, spróbować.

P.P.:Gdzie odbyła się ta podróż.

A.W.:To był 1989 rok. Trzeba pamiętać, że nie było wtedy łatwo wyjechać za granicę, więc wpadłem na szatański pomysł. W tym czasie należałem do klubu wysokogórskiego w Sosnowcu. Pewnego dnia dowiedziałem się, iż Klub organizuje wyprawę wysokogórską w Tatry Słowackie. Wpadłem na pomysł, żeby wziąć ze sobą rower. Odbywało się to w ten sposób, że jednego dnia organizowaliśmy wycieczki w góry, zaś popołudniami lub dnia następnego wskakiwałem na rower i zwiedzałem Tatry na dwóch kółkach.

P.P.:A jak celnicy zareagowali na rower w autobusie.

A.W.:Zdarzył się taki incydent z rowerem w roli głównej. Jak wiemy, celnicy nie mają poczucia humoru. Nie należy z nimi żartować, bo mając władzę mogą wszystko. Jak doszło do incydentu? Otóż rower nie zmieścił się do bagażnika, więc wstawiłem go na koniec autobusu. Na granicy przyszedł celnik, który grzecznie, choć stanowczo zapytał, co to jest, wskazując przy tym na moją kolarzówkę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem  rower. No i celnik wpadł w szał, myśląc, że z niego kpię. No ale skoro zapytał, co to jest, to musiałem mu odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Mógł zapytać, co on tu robi. Mimo tego wykorzystałem ten wyjazd w pełni, zwiedzając na rowerze region Tatr Niskich i Wysokich.

P.P.:Jak rozwijała się dalsza przygoda z zagranicznymi wojażami.

A.W.:Początek lat dziewięćdziesiątych był burzliwym okresem przemian. Dopiero w 1995 roku odważyłem się i samodzielnie pojechałem na Słowację, do której później wracałem dość często. Zazwyczaj takie wyjazdy trwają 2-3 tygodnie.

P.P.:Równie często odwiedza Pan kraje skandynawskie. Relacje z tych podróży prezentuje Pan w bibliotekach w Zawierciu i w Łazach podczas festiwalu Nordalia.

A.W.:Moja pierwsza wyprawa do Skandynawii odbyła się 2008 roku, gdzie celem była Dania, a konkretniej wyspa Bornholm, znana z tego, że jest to raj dla rowerzystów. Panują tam doskonałe warunki do turystyki rowerowej. Wracając z Bornholmu odwiedziłem Niemcy, gdzie dojechałem do słynnego miejsca, a mianowicie do Peenemünde. W czasie drugiej wojny światowej był to niemiecki ośrodek badań nad bronią rakietową. Stamtąd starowały na Londyn rakiety V1 i V2.

P.P.:Dość często Pan tam wraca. Dlaczego.

A.W.:Generalnie bardzo dobrze czuję się za granicą. Po pierwsze, bezpieczniej. Po drugie jest normalność, czyli to, czego u nas w kraju do uprawiania turystyki rowerowej brakuje. Przykładowo pociągi są dostosowane do przewozu rowerów, zarówno na trasach krótkich, jak i długich. Przewożenie roweru pociągiem na terenie Polski to koszmar. W 2009 roku wróciłem do Danii oraz wyjechałem po raz pierwszy do Szwecji. Tam ludzie myślą inaczej niż w naszej części Europy. Nas i ich uczono, że trawniki, lasy, osiedla, bloki to wszystko jest nasze wspólne i powinniśmy to szanować. Nam niestety to nie wyszło. Natomiast wędrując po krajach skandynawskich robię zdjęcia i pokazuję na wystawach coś, co ludzi wprawia w szok. Mianowicie, tam miasta są bardzo czyste. Również w lasach nie ma mowy, żebyśmy znaleźli zużytą reklamówkę, pralkę, lodówkę czy kanapę. To po prostu niemożliwe. Jeżdżąc po Szwecji czy Danii szukam śmieci i tych śmieci nie mogę znaleźć, z czego się bardzo cieszę. A u nas szlaki turystyczne są w okropnym stanie.

P.P.:Na czym polegają przygotowania do zagranicznych wypraw.

A.W.:Każda zagraniczna wyprawa rowerowa wymaga długiego przygotowania. W tej chwili mam już takie doświadczenie, że mogę zrobić ruletkę z butelki i wybierając na ślepo jedno z dziesięciu państw mogę jutro tam pojechać. Ale to są lata przygotowań i nabierania doświadczenia. W jaki sposób się przygotowuję? Przede wszystkim trzeba ustalić konkretny region, gdzie się chce dojechać i zastanowić dlaczego chcę tam jechać. Następnie określam sposób dojazdu, bo nie wszędzie dojedziemy od razu na rowerze. Musimy również przygotować się pod względem logistycznym. Polecam także lekturę wielu przewodników. Nie wystarczy jeden, ponieważ każdy przewodnik jest trochę inny. Zaopatrujemy się także w dokładne mapy. Ważną sprawą podczas podróży zagranicznych jest przygotowanie językowe. Staram się jadąc do danego kraju nauczyć podstaw tego języka i najczęstszych zwrotów, by móc w miarę swobodnie się komunikować. Ludzie przeważnie doceniają to, iż staramy się mówić w ich ojczystym języku.

P.P.:Częściej wybiera Pan nocleg w namiocie czy w pensjonatach.

A.W.:Zależy gdzie. Jeśli chodzi o Skandynawię, to preferuję namiot, ponieważ tam jest to najtańsza forma noclegu. Jeśli chodzi o inne kraje to należę do Polskiego Towarzystwa Schronisk Młodzieżowych, więc z noclegiem nie mam problemów.

P.P.:Podróżuje Pan samotnie.

A.W. Do Słowacji lub Czech jeździmy jako Klub. Natomiast na bardziej odległe wyprawy wyjeżdżam sam.

P.P.:Dlaczego rower, a nie samochód? Samochodem można zwiedzać szybciej i zobaczyć więcej.

A.W.: Pierwsza sprawa jest taka, że nie posiadam samochodu. Miałem możliwość posiadania auta, ale powiem szczerze, że nie palę się do tego. Samochód ma rzeczywiście tę zaletę, że można zajechać dalej i szybciej. Natomiast moją pasją jest rower. Jeśli chodzi o duże odległości, to mogę skorzystać z pociągu, promu lub innego środka lokomocji. Rower ma tę zaletę, że przede wszystkim jest niezależny. Samochodem do lasu czy rezerwatu nie wjedziemy. Jeśli auto gdzieś zostawimy, zastanawiamy się, czy będzie w tym samym miejscu po naszym powrocie. Rowerem natomiast wjadę praktycznie wszędzie. W przypadku Skandynawii, którą tak uwielbiam, słyszałem wiele historii o uczciwości Skandynawów, które okazały się prawdą. Tam ludzie po prostu zostawiają swoje cenne rzeczy lub właśnie rowery w lasach, pod sklepem czy przy kościele, nie korzystając przy tym z zabezpieczeń antykradzieżowych. W Szwecji jedyną osobą, która zamykała namiot na kłódkę, byłem ja.

P.P.:Bywały problemy na trasach.

A.W.: Dziękować Bogu nie miałem sytuacji zagrożenia życia. Miałem kilka problemów, gdy na przykład w Budapeszcie zepsuło się przednie koło w rowerze. Innym razem w Czechach na jednej z głównych tras rozerwało mi oponę. Wożę ze sobą dętki czy części zamienne, ale to są dodatkowe ciężary. Prawdopodobnie jestem również jedyną osobą, która podróżowała po Egipcie rowerem. Niesamowite przeżycie. Po pierwsze, temperatura rzędu czterdziestu, czterdziestu pięciu stopni. Po drugie, tam nie obowiązują przepisy ruchu drogowego. Każdy jeździ jak chce. Zobaczyłem to, czego normalny turysta nie zobaczy. Tuż za pięknymi hotelami czy zabytkami jest totalne wysypisko śmieci. Tam nie istnieje ochrona środowiska. Wszystko wywozi się na pustynię. Tysiące ciężarówek wywożą tony śmieci tuż za miasto, rzucając czasem odpady na drogę, co utrudnia przejazd. Ponadto wystarczy zejść z głównej drogi kilkadziesiąt metrów i możemy natknąć się na żmije, węże, skorpiony czy nawet niewypały lub zniszczony sprzęt wojskowy.

P.P.:Plany na kolejną wyprawę.

A.W.: W tym roku planowałem wyjazd do Szwajcarii, jednak okazało się, że przewoźnik nie zabiera rowerów, więc musiałem zrezygnować. Planowałem również wyjazd na Lazurowe Wybrzeże, ale sytuacja była podobna. Co ciekawe, w zeszłym roku podróżowałem do Czarnogóry i nie miałem z tym problemów.

P.P.:Na koniec naszej rozmowy chciałem zapytać o organizację rajdów i wycieczek rowerowych na terenie Jury i okolicy.

A.W.: W ramach działalności naszego PTTK organizujemy kilka rajdów standardowych, jak „Przebiśniegom na spotkanie” czy „Rajd z okazji Dnia Dziecka”, a także „Jesień Jurajską”. Z Urzędem Miejskim organizujemy między innymi rajdy w ramach Tygodnia Zrównoważonego Transportu. Od dwóch lat funkcjonuje impreza „Odjazdowy Bibliotekarz” przy współpracy z Biblioteką Miejską. Każdy kto chce, może wziąć w nich udział. Zapraszam.

Artykuł archiwalny rozmowa Piotra Pieszczyka

 Zawiercianin Lato 2013 nr 2 (15)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydawca:

Centrum Inicjatyw Lokalnych
42-400 Zawiercie, ul. Senatorska 14

Pomóż nam rozwijać serwis:
1%

Podaruj 1% podatku
KRS: 0000215720