niedziela, 9 Grudzień 2018,
imieniny obchodzą: Aneta, Leokadia

Aktualności

A A A

Strona główna / Aktualności / Nie pozostanie po nas nic oprócz sztuki

Nie pozostanie po nas nic oprócz sztuki

data dodania: 2013-08-13 12:44:43

Otrzymała niezliczoną ilość nagród, jako malarka i rysowniczka jest znana w wielu krajach świata, a pochodzi z Zawiercia i przez wiele lat mieszkała w naszym mieście. O sobie, swojej twórczości i innych formach aktywności Małgorzata Lazarek opowiada w rozmowie z Pawłem Kmiecikiem.

Malarstwo i rysowanie to dla Pani hobby, pasja życia…

Małgorzata Lazarek: …i zawód.

Jak się to zaczęło?

M. L.: Rodzice opowiadali mi taką anegdotę, że gdy miałam 6 lat zakupili śliczny i nowy telewizor. Mnie on się bardzo podobał. I cyrklem lub jakimś szpikulcem wyskrobałam na plastikowej obudowie kwiatki. One były piękne i byłam nimi zachwycona. Gdy rodzice przyszli z pracy, pochwaliłam się tymi kwiatkami. Efekt: rodzice byli załamani, ja – zadowolona. Tak się zaczęła moja przygoda z rysowaniem i malowaniem. Później też nie wyobrażałam sobie, że mogę robić coś innego niż sztuka. Wszystkie książki, które mieliśmy w domu, były pokolorowane przeze mnie. No i wybrałam Liceum Plastyczne w Częstochowie.

Daleko musiała Pani dojeżdżać.
M. L.: Miałam bardzo „pod górkę” do szkoły, ponieważ przez 5 lat, bo tyle trwała nauka w liceum, każdego dnia wstawałam o 5:00 rano, łącznie z sobotami. Na nogach pokonywałam odległość od domu na Zuzance do dworca, pociąg jechał 45 minut, a do tego trzeba jeszcze doliczyć 20 minut na drogę z dworca w Częstochowie, bo Liceum mieściło się pod Jasną Górą. W okresach pielgrzymkowych bywały takie sytuacje, że nie byłam w stanie wsiąść do pociągu, więc nierzadko wracałam do domu prawie w nocy, żeby następnego dnia znowu wstać o 5:00 rano…

Musiała Pani kochać swoją pasję, żeby tak się poświęcać.

M. L.: Kochałam moją szkołę, miałam fantastycznych kolegów i cudownych nauczycieli, do dziś utrzymujemy kontakt. Te 5 lat pomiędzy 15 a 20 rokiem życia to był czas kształtowania się młodego człowieka i to zostawia trwały ślad w osobowości jednostki.

Rysowanie zaczęło się od obudowy telewizora, malowanie od kolorowania książek, a tworzenie karykatur?
M. L.: To działo się jednocześnie. Już w szkole podstawowej zarabiałam pieniądze! Będąc małą dziewczynką razem z koleżanką prowadziłam „sklepik” szkolny, w którym sprzedawałyśmy koperty na listy, na których ja rysowałam pisakiem kontury bajkowych postaci, a koleżanki to kolorowały. Karykatury zaś robiłam nauczycielom. One wędrowały często po klasie, w związku z czym byłam lubiana wśród kolegów i koleżanek z klasy…

A przez nauczycieli niekoniecznie…
M. L.: Kilka razy zdarzyło się, że te karykatury trafiły w nieodpowiednie ręce, ale kończyło się to tylko naburmuszoną miną i pogrożeniem palcem.

Co dla Pani jest ważniejsze: malowanie, rysowanie, sztuka satyry?
M. L.: Najważniejsze jest życie. Na pierwszym miejscu jest rodzina, a na drugim miejscu – jeśli chodzi o to, co robię – jest jednocześnie każdy z tych rodzajów sztuki, nie można tego wartościować. A ponieważ jestem osobą niecierpliwą, ekspresyjną i zmienną, to kiedy chwilowo znudzę się malarstwem i mam ręce zniszczone od farb, wtedy przechodzę do pióra i skrobię nim na papierze. Kiedy zaś jest mi smutno, zajmuję się zabawnymi rysunkami. A lubię w tej dziedzinie konkurować i wygrywać (śmiech).

No i wygrywać się udaje.
M. L.: Jestem skromna i chwalić się nie lubię, choć tym się pochwalę. Zdobyłam główną nagrodę – grand prix w najbardziej prestiżowym i najstarszym konkursie satyrycznym w Polsce, Satyrykon w Legnicy. Biorę w nim udział od 15 lat i właściwie tylko 2-3 razy nie udało mi się zdobyć żadnej nagrody, ale główną otrzymałam po raz pierwszy.
Miesiąc temu wróciłam z Tbilisi, gdzie miałam wystawę satyryczną na uniwersytecie, a za niedługo moje obrazy jadą do Dubaju. Kilka dni temu byłam w Warszawie i odebrałam nagrodę za to, że sprawiam, aby Polska była piękniejsza. Nagrodę wręczał Minister Kultury i Sztuki, a uroczystość odbywała się na Zamku Królewskim w Warszawie. Cieszyłam się o tyle, że byłam tam jedyną kobietą. Kobiet, które zajmują się satyrą, raczej nie ma. Nie ma również zbyt wiele kobiet, które opowiadają dowcipy w towarzystwie.

Teraz karykaturą się Pani nie zajmuje?
M. L.: Karykatura to bardzo wąska specjalizacja, w której przedstawienie człowieka polega na dowcipnym przerysowaniu wszystkich jego cech charakterystycznych. Zajmują się tym mistrzowie. Ja robię rysunki satyryczne. Taki rysunek może być z tzw. dymkiem, czyli miejscem na treść, albo bez tekstu. Wyższą półką są te bez słów, bo przedstawiają taką sytuację, która jest śmieszna bez komentarza.

Pewnie często pytają Panią, skąd biorą się Pani na to pomysły?
M. L.: Z niczego, czyli z głowy. Na konkursy satyryczne tematy są narzucone. I tak, na przykład, jeśli tematem jest pies, trzeba usiąść i zastanowić się, jakie cechy psa można przedstawić dowcipnie, co jest śmiesznego w psie, czy widzieliśmy jakiegoś psa, który był zabawny, albo jakąś zabawną z nim scenę. I cała sprawa polega na tym, żeby narysować to tak, aby było zrozumiałe nie tylko dla Polaka, ale także dla Amerykanina czy Chińczyka. To jest gimnastyka dla umysłu. Przygotowywanie rysunków satyrycznych ma dwojaki wymiar – pierwszy to myślenie i gimnastyka intelektu, a drugi to lek na melancholię.

Często Pani bywa w Zawierciu?
M. L.: Teraz dość rzadko – raz na trzy, albo cztery miesiące.

Czy są jakieś ważne i piękne dla Pani miejsca w Zawierciu lub okolicy?
M. L.: W Katowicach mieszkam od 4 lat, a wcześniej przez czas dorastania, młodości i dojrzałości w Zawierciu. Jest jedna rzecz, której żałuję bardzo i za którą będąc na Śląsku mocno tęsknię – za tym, co stworzył Pan Bóg, czyli za naturą: Jurą, lasami, ścieżkami rowerowymi. Jestem zapaloną rowerzystką i bardzo lubiłam zwiedzać Jurę na rowerze, gdy mieszkałam w Zawierciu. Tęsknię też za naszymi lasami, bo w tych zawierciańskich są jagody, poziomki i grzyby, a w lasach katowickich nie ma nic z tych rzeczy. Szkoda tylko, że Jura jest nierzadko niszczona przez brzydką architekturę nowej zabudowy.

Malowała Pani też kiedyś Jurę?
M. L.:
Ach, i to nie raz. Przez 7 lat byłam komisarzem pleneru organizowanego przez gminę Ogrodzieniec. Sprowadzałam znajomych artystów i wspólnie malowaliśmy Jurę, a artyści zostawiali te obrazy gminie.

Zna Pani Częstochowę, Katowice i Zawiercie – gdzie żyło się lepiej?
M. L.: Całe Liceum spędziłam w Częstochowie, studia w Katowicach, a resztę życia w Zawierciu. W Częstochowie było dobrze, bo byłam wówczas młoda. W Katowicach jestem od kilku lat. A w Zawierciu mieszkało się dobrze, bo mieszkaliśmy na peryferiach miasta, blisko lasu. Przychodziły tam często różne zwierzęta – bociany, jeże.

Teraz mieszka Pani w Katowicach, gdzie prowadzi swoją restaurację „Zielona Gęś” – skąd nazwa?
M. L.: To jest oczywiście związane z Teatrzykiem Zielona Gęś Gałczyńskiego. Brałam kiedyś udział w konkursie dotyczącym jego twórczości i wtedy bardzo spodobał mi się pomysł połączenia sztuki z klimatami kulinarnymi. Wewnątrz jest olbrzymia zielona gęś wykonana z gąbki, a na ścianach znaleźć można twórczość moją i innych artystów.

Czy Pani rysunki można oglądać także w periodykach?

M. L.: Cóż, jeśli chodzi o periodyki, to jest z tym bardzo źle. Ile zna Pan periodyków, które publikują rysunki satyryczne?

Trzy, które regularnie czytam.
M. L.: No właśnie. Na palcach jednej ręki można policzyć takie czasopisma. Kiedyś, przez rok, publikowałam rysunki w „Gościu Niedzielnym”. Jest mi niezmiernie żal, że bardzo wielu młodych ludzi, którzy kończą uczelnie artystyczne i mają mnóstwo fantastycznych i kreatywnych pomysłów, z czasem traci entuzjazm, bo nie istnieje coś takiego, jak mecenat państwa. W gazetach jest taki trend, że taniej opublikować zdjęcie niż zamówić rysunek u twórcy.

Sztuka zamiera?
M. L.: Usycha. Jest bardzo mało artystów, którzy potrafią utrzymać się ze swojej twórczości. W ubiegłym roku byłam w Berlinie. Byłam zachwycona tym, że na ulicy nie będącej żadnym szczególnym skupiskiem artystów na odcinku około 3 kilometrów było bodaj 10 galerii. Miasto dotuje biznesy związane ze sztuką – płaci się mniejszy czynsz, otrzymuje się dotacje na pracownika. W Katowicach są 2-3 galerie sztuki – a jest to stolica województwa śląskiego. A przecież nic po nas nie zostanie oprócz sztuki.

Coś pozytywnego na koniec?
M. L.: Ładną dziś pogodę mamy (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.


Fotografie w tekście pochodzą z archiwum Małgorzaty Lazarek.

______________________
Tekst pierwotnie ukazał się w kwartalniku „Zawiercianin” nr 14. Cały numer można pobrać i przeczytać tutaj.
 

Wydawca:

Centrum Inicjatyw Lokalnych
42-400 Zawiercie, ul. Senatorska 14

Pomóż nam rozwijać serwis:
1%

Podaruj 1% podatku
KRS: 0000215720